Jacek Santorski

Psycholog biznesu, konsultant, trener, doradca. Brał udział w realizacji pierwszej edycji „Big Brothera”, o co miał do niego pretensje Wojciech Eichelberger. Dziś nie przeszkadza to obu specjalistom dobrze współpracować w programach antystresowych dla biznesu.

www.santorski.pl

Projekty, projekty…
Szanowni Państwo,

zdecydowałem się zamrozić swój „blog” do końca 2007. Powodów jest kilka:

  1. Jestem tak zaabsorbowany strategicznymi projektami (własnymi i klientów), że nie starcza mi rezerw czasu i energii, aby reagować na Państwa wpisy. Piszę felieton (monolog), a nie „blog”. Nie czuję się dobrze bez dialogu (przy okazji dziękuję wszystkim Państwu). Od początku 2008 wygospodaruję więcej rezerw na satysfakcjonującą formę wymiany z Czytelnikami.
  2. Wychodzą właśnie dwie moje książki: zaktualizowanie wydanie „Miłości i Pracy” (już jest w księgarniach) i nowa pozycja, którą przygotowaliśmy z Bertrandem
    Le Guern i Mirosławem Konkelem, „Prymusom Dziękujemy – wskazówki psychologa, teologa i inżyniera dla przedsiębiorców i managerów”. Osoby zainteresowane inspiracjami do samo refleksji znajdą więc sporo nowego materiału…

Dziś przedpremierowo – FRAGMENT NOWEJ KSIĄŻKI. A zainteresowanych moją pracą zapraszam na strony www.santorski.pl, gorąco też zachęcam do odwiedzania www.jimcollins.com. Znajdziecie tam dużo konkretnych, bardzo mi bliskich wiadomości i narzędzi.

Odkryj w sobie boginię

W swej znanej książce „Wartość kobiety” Marianne Williamson opisuje, jak kiedyś w supermarkecie stała w kolejce za tęgą (co najmniej 25 kilogramów nadwagi) kobietą z włosami ufarbowanymi kiepską farbą na jasny blond. Kupiła dwa kolorowe pisma, torebkę orzeszków i wielką torbę ciasteczek.
Pomyślałam: jaka ona biedna – pisze Williamson. – Rozumiałam ją, bo w owym czasie byłam nie mniej zagubiona, choć moja rozpacz objawiała się nieco inaczej. Ale znałam dobrze, jak wszystkie kobiety, to pragnienie ucieczki od świata, gdzie kolejny, podobny do poprzedniego dzień, potraktuje nas okrutnie. Jednocześnie wiem, że ona przejmuje się swoim stanem, jak i my wszystkie. Jej wygląd mówi, że się nie przejmuje, ale tak nie jest. I gdyby uświadomiła sobie, że ma wybór, dokonałaby go otwarcie i stałaby się królową. Rzecz w tym, że ona nawet sobie nie uświadamia możliwości wyboru. Uważa, że królewskość przynależna jest wyłącznie królowym. Nie wie, że każda kobieta może się zachowywać jak królowa. Po prostu nie wie, że też może nią być, choćby wszyscy wokół udawali, że takie prawo jej nie przysługuje. To właśnie odróżnia królowe od niewolnic. Przemiana świadomości od zanegowania do zaakceptowania swojej wewnętrznej siły.

Niedawno miałem inne doświadczenie. Trwała odprawa liderów: członków zarządu i przedstawicieli rady nadzorczej dynamicznie rozwijającego się koncernu. Nagle kobieta z dobrze ufarbowanymi włosami, doskonale ubrana, szczupła, choć z wydatnymi piersiami uderzyła pięścią w stół i powiedziała: To jest gówno, nie strategia!
Była bardzo z siebie zadowolona. A uczestnicy spotkania – tak się przynajmniej zdawało –przyjęli jej zachowanie jako naturalne. Jak się dowiedziałem, kilka dni wcześniej menedżerka wraz ze swoją koleżanką z zarządu wróciła z treningu „Kobieta liderem”.
No cóż – obudziło się we mnie współczucie podobne do tego, które miała w sobie pani Williamson, gdy zobaczyła w sklepie tę zdegradowaną na własne życzenie, tęgą i źle utlenioną blondynkę. Pomyślałem: ta menedżerka już wie, że nie musi być grzeczną dziewczynką, aby ją inni kochali i żeby robiła karierę. Jednak nie odkryła w sobie jeszcze królowej albo bogini. Zachowywała się w sposób nieprzystający do jej natury, którą – jest to dla mnie oczywiste – próbowała ukryć przed swoim otoczeniem. Może nawet zbyt mocne przejmowanie się społecznymi normami przeszło w sztubacką, młodzieńczą niezależność. Myślę, że przyjdzie czas, kiedy ta kobieta będzie mogła z równą stanowczością powiedzieć: Ta strategia nie spełnia naszych wymagań, w związku z czym stawiam wniosek o odwołanie pana X lub pani Y, bo nie dopilnowali spraw numer 3, 4 i 5.

Zaraz po powrocie z tej debaty spotkałem Heike, niemiecką bizneswoman, która od dawna związana jest z Polską. Zna dwa języki, zarządza koncernem wielokroć większym niż dział, którym zawiaduje pani używająca w publicznych sytuacjach niecenzuralnych wyrazów. Odkąd pamiętam – a nasza przyjaźń trwa już ponad pięciu lat – Heike na żadnym oficjalnym spotkaniu nie powiedziała „scheise” czy „gówno”. Owszem, potrafi się zaperzać w dyskusjach, unosić, zacietrzewiać. Stroni jednak od wulgaryzmów i zachowań, który w jakikolwiek sposób mogłyby „zakwestionować” boginię, która w niej mieszka.
Heike ma lepsze i gorsze dni, bo jest impulsywna, a jej związany z mediami biznes to ciężki kawałek chleba. Mimo to inne kobiety garną się do niej jak do mentora. Podziwiają ją za to, że potrafi pogodzić „parcie do przodu” i bezkompromisową realizację własnych wizji z lekkością i wdziękiem. A ja zdaję sobie sprawę, że Heike już wie, iż jest królową.

Na marginesie – dziewczynki mają większą szansę zostać prymuskami i kujonkami między 11 a 14 rokiem życia, ponieważ układ nerwowy rozwija się u nich szybciej niż u chłopców. Znacznie rzadziej narzekają na kłopoty z koncentracją, co znajduje odzwierciedlenie w ocenach. Osiągnięcie przewagi procesów hamowania nad pobudzeniem przychodzi im dużo łatwiej. Z drugiej jednak strony, ten rodzaj siły i wyższości rodzi zatrważające psychologów społecznych zjawisko, które nasiliło się, odkąd oddzielono gimnazja od liceów. Dziewczynki w tym wieku stają się bardzo agresywne i szczególnie asocjalne.

Jestem przekonany, że współczesna kobieta sukcesu, także w Polsce, może nie ulec pokusie zostania na całą resztę życia kujonem, którego nikt nie lubi. Nie musi też być… prostaczką. Odkrywając i współtworząc standardy współczesnego przywództwa, ma szansę znaleźć specyficzną rolę i swoje miejsce w biznesie.
Jeden z klubów aktywnych zawodowo kobiet przeprowadził w tym roku ankietę wśród wielu zaangażowanych w przedsiębiorczość i pracę menedżerską Polek. Sondaż pokazał, jakie pytanie zadają sobie one najczęściej (lub chciałyby postawić psychologom biznesu bądź konsultantom). Nurtuje je przede wszystkim to, jak być kobietą, która już wie, że nie musi odgrywać roli grzecznej dziewczynki, a zarazem nie chce zachowywać się – przepraszam za określenia – jak jędza, suka, babochłop czy podlizujący się wszystkim Kopciuszek z piskliwym głosem. Współczesne bizneswomen pragną wiedzieć, jak odnaleźć w sobie boginię. To znaczy: jak się realizować wbrew stereotypom, które je ograniczają, i pomimo wzorców myślenia, które ciągle jeszcze bardziej promują mężczyzn. Zachowując przy tym swe wewnętrzne piękno i prawdę.

Moja odpowiedź brzmi: najlepiej iść drogą takich nauczycielek jak Marianne Williamson, które pokazują kobietom, że mogą nie tracić energii na niepotrzebną walkę z patriarchatem i własną naturą. A jednocześnie wcale nie muszą być uległe. To poszukiwanie jest właśnie związane ze świadomością bogini w sobie. Słowem kluczem może być „gracja”, która w wielu językach znaczy też: łaska. W swej książce amerykańska psycholożka pisze, że o piękności kobiety nie tyle decydują odziedziczone po rodzicach i dziadkach rysy, ile właśnie gracja, z jaką się wypowiada, porusza, z jaką dąży do swoich celów i broni swych praw. Co nie znaczy, że ma ignorować własny wizerunek, np. urodę, strój, makijaż.

Tak więc ani nie musisz mieć nadwagi i kupować chipsów czy tanich pism w hipermarkecie, ani nie musisz walić pięścią w stół i niczym sztubak wołać: To jest gówno, nie strategia! Badanie antropologów pokazują, że w wielu formacjach prehistorycznych i historycznych kobieta zajmowała pozycję, której nie można określić ani jako dominującą, ani jako podległą. Nie tylko żmudnie chroniła rodzinne gniazdo, lecz także dbała o radość, twórczość, swobodę i rozwój. Posługując się schematami dostępnej nam kultury, była boginią i uzdrowicielką. Dlaczego podobnej roli nie miałaby pełnić współczesna kobieta sukcesu?

Jak to było z tą Ewą
Święty Tomasz z Akwinu pisał, że Bóg nie uczynił Ewy z głowy Adama, aby nad nim panowała, ani z jego stóp, aby była przez niego deptana – lecz z jego boku, aby była mu równa, spod jego ramienia, aby ją chronił i z miejsca bliskiego jego sercu, aby ją kochał. Z kolei św. Augustyn określał mężczyznę jako siłę kobiety (gdyż od niego pochodzi kość) i dodawał, że to kobieta sprawia, iż mężczyzna staje się delikatniejszy (miejsce twardego żebra Bóg zapełnił ciałem).
Na podstawie: R.J. Berry „Bóg i biologia”

Era kobiety
Z każdej strony wyłania się potrzeba, by oddać więcej miejsca kobiecie… Gdy kobieta zostanie odkupiona i wyzwolona w wymiarze ludzkim z dawnego poddaństwa, może przyczynić się do uratowania naszego społeczeństwa przed niektórymi rodzajami zakorzenionego zła, które mu grozi, przed przemocą, żądzą władzy, duchową obojętnością…
Po tylu erach, które nosiły imię mężczyzny – homo erectus, homo faber, wreszcie homo sapiens… należy życzyć sobie, aby wreszcie otworzyła się przed ludzkością era kobiety, era serca, era współczucia… Nasza cywilizacja, zdominowana przez technikę, potrzebuje serca… Musimy dać więcej miejsca racjom serca, jeśli chcemy uniknąć tego, by nasza planeta, coraz cieplejsza z fizycznego punktu widzenia, nie osunęła się znów duchowo w erę lodowcową…
Raniero Cantalamessa, włoski kapucyn, kaznodzieja Domu Papieskiego

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [14] »

2007-08-17 16:57
Do ziemi obiecanej ciągle daleko
Z zasady nie wypowiadam się na tematy polityczne. Uznałem jednak, iż stopień niepokoju społecznego w ostatnich dniach i tygodniach jest tak duży, że potrzebne jest Państwu wyjaśnienie i lepsze zrozumienie tego, co wszyscy razem od pewnego czasu „przerabiamy”. Z troską konstatuję, że tak naprawdę nie muszę pisać nowego komentarza – wystarczy przypomnieć jeden z moich tekstów sprzed ponad 14 lat. Jak sądzę, artykuł nic nie stracił na aktualności. Wygląda więc na to, że jeśli chodzi o zmianę mentalności – z totalitarnej na demokratyczną – znajdujemy się nadal na początku drogi. Dotyczy to zarówno wielu naszych polityków, jak i sporej części polskiego społeczeństwa. A mówiąc mniej dyplomatycznie, w dalszym ciągu nie chcemy się uczyć i wyciągać wniosków z własnych błędów oraz porażek innych osób, grup społecznych czy formacji politycznych.
Wspomniany tekst pozwolę sobie zamieścić tutaj w całości.*

Koniec roku paranoików?
Jeśli ktoś jest przekonany, że na meczu rugby zawodnicy ciągle robią „młyn” na środku boiska, tylko po to, żeby go obgadywać, to cierpi on niewątpliwie na manię prześladowczą. Jeśli idziesz ulicą i jesteś przekonany, że wszyscy na ciebie patrzą lub dręczy cię lęk, że koledzy w pracy spiskują przeciw tobie, zapewne mieścisz się w granicach psychicznej normy, przejawiając jedynie paranoidalne skłonności.
Podobnie jak ojciec, który kontroluje korespondencję dorastającej córki, żona obwąchująca kołnierz mężowskiego płaszcza (to nie jest zapach moich perfum!) czy mąż pożyczający własnej żonie pieniądze za pokwitowaniem (znam kilka takich przypadków).
Różne są przejawy, odcienie i natężenia paranoi: nieufność, podejrzliwość, plotkowanie, wyszukiwanie nieuczciwych pobudek w działaniu ludzi cieszących się dobrą opinią, przypisywanie innym manipulacji i złych zamiarów czy wreszcie oskarżanie i obwinianie innych.
Uważam, że rok 1992 cechowała w Polsce paranoja na wielką skalę. Sprawa teczek (w której z dnia na dzień sędziowie stali się oskarżonymi), polowanie na agentów, wzajemne ataki przeciwników i zwolenników karania za aborcję, afery gospodarcze, „dowody” na zagrożenie dla kraju – to tylko wierzchołek góry lodowej, którą tworzą tysiące konfliktów w rozpadających się zakładach pracy i nowo powstałych firmach, nagonki na nosicieli wirusa HIV, nie mówiąc już o scenach zazdrości i rodzinnych awanturach,
o których tylko sami wiemy.
Czym wytłumaczyć pogodę dla paranoików tego lata?
Projekcja i gniew w słusznej sprawie
Istotą paranoi jest wyładowywanie stłumionej wściekłości i destrukcyjnych impulsów przez oskarżanie innych, którym przypisujemy swoje własne uczucia; uczucia, których się boimy. Psychologowie nazywają ten mechanizm projekcją.
Zdaniem psychoanalityków pierwotnym źródłem tej tłumionej i rzutowanej na zewnątrz wściekłości mogą być frustracje jeszcze z wieku niemowlęcego, związane z nieprawidłowościami matczynej opieki (częste uczucie głodu, brak czułości). Z kolei, późniejsze rozczarowania osobami uznawanymi za autorytety – w domu, w szkole, kościele – podtrzymują i wzmacniają nieufność i podejrzliwość.
Paranoik doświadczył jako dziecko odrzucenia i wielu upokorzeń. Dlatego jest ciągle zirytowany i wściekły. Był oszukiwany. Jest więc nieufny. Nie miał w nikim oparcia. Dlatego boi się swoich negatywnych uczuć. I dlatego zmuszony jest przypisywać je innym, równocześnie idealizując siebie i wybrane osoby (które łatwo mogą jednak zostać zdyskredytowane). Łatwiej poradzić sobie z własną złością, zazdrością, chorobliwymi ambicjami, jeżeli uzna się, że to inni żywią wobec nas nieprzyjazne zamiary, chcą nami manipulować, przejąć władzę.
I jeszcze jedno. Osoba podlegająca tym mechanizmom musi znaleźć usprawiedliwienie dla złości i wrogości wobec innych. Musi znaleźć (lub stworzyć) sytuacje, w których będzie mogła – zachowując pozytywny obraz własnej osoby – wyładować swój gniew. Tak rodzą się nieprzejednani „obrońcy słusznej sprawy”, tropiciele cudzej lub swojej krzywdy.
Paranoja i polityka
Osoby zdrowe emocjonalnie – jeżeli potrzebują przeciwnika, żeby się wyładować – idą na przykład na mecz piłki nożnej. W ten sposób mogą „upuścić trochę pary”, a po wyjściu ze stadionu o wszystkim zapominają.
Prawdziwy paranoik ma potrzebę stałego lokowania negatywnych uczuć w innych ludziach, musi mieć wrogów. Doskonałą do tego okazją jest zajmowanie się polityką. Oczywiście, nie każdy polityk czy osoba polityką zainteresowana jest emocjonalnie zaburzona. Osoby zdrowe angażują się w dyskusje polityczne w podobny sposób, jak grają lub kibicują na meczu. Mogą się zacietrzewić i rozzłościć w ferworze walki, ale po zakończeniu dyskusji wrogość znika. Prawdziwi ekstremiści mają z tym trudności. Nie są w stanie przyjąć, że ich polityczni przeciwnicy to ludzie o odmiennych interesach i przekonaniach, a nie wcielenie zła.
Dla wielu osób traktowanie przeciwnika jako osoby jednoznacznie złej może być sposobem na zachowanie wątpliwego zdrowia psychicznego. Jeśli nie mają zewnętrznego przeciwnika – konflikt wewnętrzny doprowadza ich do nerwowego załamania.
Bez względu na to, czy dana grupa polityczna to ekstremiści prawicowi czy lewicowi, fanatycy religijni czy wojujący ateiści – ich sposoby działania i zachowanie są podobne. Jak wszyscy paranoicy potrzebują poczucia absolutnej jedności i czystości w swoim zespole. Jednak utrzymanie tego nie jest możliwe. Dłuższe obcowanie w jednej grupie ujawnia różnice. Stąd biorą się frakcje, następują rozłamy, sojusznicy stają się nagle wrogami.
Prawdziwi ekstremiści są absolutnie przekonani o czystości swoich intencji. Tak samo inkwizytorzy wysyłający ludzi na stos naprawdę wierzyli, że robią to dla dobra swych ofiar, że ratują świat od zła. Ukrytym motorem działania inkwizytora jest jednak przymus odcięcia się od zła, z którym walczy w sobie.
Jak wytłumaczyć wzmożone natężenie tych mechanizmów w Polsce? Gdy był (lub wydawało się, że jest) jeden wróg – byliśmy solidarni. Całą swoją wściekłość, zaborczość, chorobliwe ambicje i potrzebę władzy mogliśmy przerzucać na NICH. ONI też mieli jasną sytuację. Bali się nas i nienawidzili. Gdy zabrakło zewnętrznego ekranu dla zbiorowej projekcji, zaczęliśmy go szukać wśród swoich. „Demaskując” zło posuwamy się nawet do absurdu. Oto pracownik Korpusu Pokoju okazuje się nagle szpiegiem, którego jedynym celem – ukrywanym, a jakże, pod płaszczykiem przyjaznych zamiarów – jest szpiegostwo gospodarcze i chęć wykradzenia technologii przerobu truskawek.
Paranoiczne widzenie świata prowadzić też może do autodestrukcji. Wyznawcy kultu Jima Jonesa popełnili zbiorowe samobójstwo, gdy przenieśli się do swojej „ziemi obiecanej” w Gujanie, gdy w końcu zupełnie oderwali się od złego, zachodniego społeczeństwa, gdy już nie mieli nikogo, kto by ich zwalczał.
Na szczęście daleko nam do „ziemi obiecanej”. Póki wściekłość nie zagłusza w nas do końca instynktu samozachowawczego, możemy mieć nadzieję, że z paranoją, której jest wiele wszędzie na świecie, my właśnie sobie poradzimy. Bo przecież nie tylko my dajemy się uwieść jej złudnemu urokowi. Oto kandydat na amerykańskiego prezydenta, Ross Perot, w czasie kampanii wyborczej oświadczył na konferencji prasowej, że CIA i FBI śledzą jego córkę, przygotowują kompromitujący ją fotomontaż, a wszystko po to, by ich polityczni mocodawcy mogli wyeliminować Perota z walki o urząd prezydencki.
Koszty paranoi – kto jest zagrożony
Nieszczęście paranoika polega na tym, że tych, których dziś kocha, jutro może znienawidzić. Paranoik planuje szczęśliwą przyszłość, ale nie umie akceptować przyjemności tu i teraz, zwłaszcza intymności. Intymny związek z partnerem możliwy jest pod jednym warunkiem: oboje muszą zawiązać sojusz przeciwko zewnętrznemu złu.
Osoba taka może z obsesyjnym wręcz zapałem budować dom lub urządzać mieszkanie, ale gdy skończy – zamienia je w piekło. Pełen złości i podejrzeń wobec swojej żony mąż nie pozwala jej wynieść się z sypialni, boi się bowiem opuszczenia.
Podejrzliwość i wrogość mają ścisły związek z podatnością na zawały. Potwierdzają to liczne badania. Tak więc największą cenę – zdrowia i życia – ponosi sam paranoik, chociaż wydawać by się mogło, że cierpi z jego powodu przede wszystkim otoczenie.
Inny paradoks polega na tym, że osoby paranoidalne, pomimo chorobliwej podejrzliwości, są bardzo podatne na manipulacje, zwłaszcza gdy czują się zagrożone. Na paranoidalnych skłonnościach ludzi można zbić kapitał – materialny (ludzie czytają autorów, dzięki którym mogą doświadczyć satysfakcji z pogardliwego demaskowania tego, co jeszcze wczoraj ktoś uznawał za święte) lub polityczny (osobom prostym, zmęczonym codziennym życiem wystarczy wskazać, że przyczyną ich problemów jest zewnętrzne zło, by porwać ich do strajku lub zebrać podpisy pod manifestem nowej partii). Charyzmatyczny paranoik w warunkach zwiększonego zagrożenia jest w stanie pobudzić paranoidalne skłonności tłumu, który potem już „samodzielnie” podsyca swe lęki i nienawiści.
Jak się wyzwolić?
Na krótką metę szczypta paranoi poprawia samopoczucie. Pisząc to wszystko ulżyłem sobie nieco, demaskując i obwiniając paranoików. Czytelnik, który odczuwał satysfakcję podczas lektury tego tekstu powinien uważać. Nie złapmy się w pułapkę własnej paranoi w antyparanoidalnym sojuszu! Z moich doświadczeń osobistych i klinicznych wynika, że jeśli określone zaburzenia innych ludzi budzą we mnie lęk i złość, jest prawdopodobne, że sam coś z tego w sobie niosę…
Musimy się uczyć brać odpowiedzialność za swoje frustracje. Dojrzałość emocjonalna polega na umiejętności akceptowania własnego lęku, złości i bólu, sprzecznych uczuć, impulsów i poglądów. Mogę przyznać się do błędu, ale nie muszę zadręczać się poczuciem winy. Nie muszę oskarżać innych, bo jasno wyrażam pretensje, w sposób, który inni mogą przyjąć.
Życzę sobie i Państwu, aby koniec roku 1992 był w Polsce końcem „roku paranoików”. Ale musimy tego dokonać MY, a nie ONI.

• Serdecznie dziękuję redakcji „Gazety Wyborczej” za zgodę na opublikowanie tekstu w portalu www.bankier.pl.
• Zachęcam Państwa także do przeczytania mojego komentarza w dzisiejszym „Dzienniku” (17.08.2007) oraz książki „Ludzie przeciwko ludziom”, która ukazała się w wydawnictwie Świat Książki.

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [14] »

2007-07-19 12:44
Niebezpieczny samozachwyt
Zagrożeniem dla zespołów nie jest różnica zdań, lecz ślepe posłuszeństwo. Uważajmy na szefów z syndromem kapitanozy.

Tadeusz został redaktorem serii książek biznesowych w znanym wydawnictwie. O pracę ubiegało się w sumie siedem osób, lecz to za nim przemawiało najwięcej argumentów. Nie dość, że skończył zarządzanie i biegle zna angielski, to jeszcze przez kilka lat prowadził dodatek ekonomiczny w jednej z ogólnopolskich gazet. Ponadto ma opinię człowieka solidnego i zorganizowanego. Te wszystkie zalety nie były w stanie zakryć jednej jego wady. Tadeusz, zachwycony swoim profesjonalizmem, nie chciał słuchać niczyich sugestii i uwag. Na początku podwładni mieli mu to za złe, lecz potem zaakceptowali ten fakt. Nawet zaczęli się cieszyć, że szef za nich podejmuje decyzje. Nie reagowali także wtedy, gdy widzieli, że przełożony się myli. W rezultacie do druku poszła książka z dużą ilością błędów. Cały nakład trafił na przemiał, a Tadeusz dostał wypowiedzenie.

Tego typu podejście znany psycholog społeczny prof. Robert Cialdini nazywa kapitanozą. Jest to bezkrytyczne słuchanie poleceń osób, które uważa się za autorytet. Określenie ma związek z katastrofą lotniczą, do której doszło 13 stycznia 1982 r. Załoga Boeinga 737 nie odważyła się podważyć złych decyzji kapitana. Maszyna tuż po starcie z lotniska w Waszyngtonie – na skutek oblodzenia skrzydeł – uderzyła w most i runęła do rzeki Potomac niedaleko Pentagonu. Nikt nie uszedł z życiem.
Zapis z czarnej skrzynki samolotu to świadectwo pasywności członków zespołu. Posłuchajmy:
Drugi pilot: – Sprawdźmy lód na skrzydłach, skoro jeszcze stoimy.
Kapitan: – Nie, sądzę, że zaraz będziemy ruszać.
(Po dłuższej chwili odgłos startu Boeinga.)
Drugi pilot (komentując odczyty instrumentów pokładowych): – To nie wygląda dobrze, co? Hej, to nie jest w porządku!
Kapitan: – Jest w porządku.
Drugi pilot (niepewnie): – Może i jest… Nie wiem…
(Odgłos wyjących silników samolotu, bezskutecznie próbującego nabrać wysokości.)
Drugi pilot: – Larry, spadamy!!!
Kapitan: – Wiem…
(Odgłos katastrofy, w której zginęło 78 osób, w tym cztery na ziemi.)

Andrzej, znakomity chirurg, walczy ze zjawiskiem kapitanozy w swoim szpitalu. Wręcz zachęca współpracowników do kwestionowania jego opinii. Ostatnio celowo wydał jednej z pielęgniarek złe polecenie. A gdy ta chciała je posłusznie wykonać, oświadczył: – Siostro, podległość służbowa nie zwalnia od myślenia. Nawet lekarz z wieloletnim stażem może się mylić!
Potrzeba jednak dużo pokory, żeby tak powiedzieć. Andrzej ją ma, o czym świadczy jeszcze inny przykład. Medyk lubi obserwować, jak pracują jego koledzy po fachu, także ci mniej zdolni czy z krótszym stażem. Jak twierdzi, nie tylko od innych lekarzy, lecz także od asystentów i pielęgniarek można się wiele nauczyć.
Gdyby Andrzej nie był tak świetnym chirurgiem, chętnie widzielibyśmy go w roli menedżera dużej instytucji związanej ze służbą zdrowia. Ma on cechy lidera piątego poziomu, jakby to powiedział ekspert od zarządzania Jim Collins. Taki przywódca nie uważa, że zjadł wszystkie rozumy. Jest otwarty na wymianę poglądów, umie słuchać innych. Ponad indywidualne ambicje przedkłada grę zespołową. Dzięki swej pokorze unika fatalnych błędów i najkrótszą drogą zmierza do sukcesu.

Ramka:
Lider piątego poziomu
Collins zbadał prawie tysiąc spółek i znalazł wśród nich zaledwie 11, które przez ponad 15 lat rosły ponad trzykrotnie szybciej od średniej w swej branży. Odkrył też, że menedżerowie tych organizacji mają wspólne cechy (determinacja, zorientowanie na cel, pokora wobec własnych ograniczeń i brutalnej rzeczywistości biznesowej). Nazwał ich liderami piątego poziomu. W przeciwieństwie do przywódców czwartego poziomu – pełnych charyzmy, lecz niepotrafiących dobrać sobie współpracowników – ci umieją znaleźć odpowiednich ludzi. Dopiero potem tworzą wspólnie wizje rozwoju.

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [37] »

2007-06-27 8:32
Syndrom polskiego inteligenta
Dzieli ich stosunek do przeszłości, łączy – sprzeciw wobec reguł wolnego rynku. Atakują go równie zajadle, choć z różnych pozycji ideowych. Jedni z tęsknoty za PRL, drudzy ze względu na swe szlachetne urodzenie.

Do pierwszej grupy należą pisarze, artyści, reżyserzy, którzy w socjalizmie robili zawrotne kariery, a po 1989 roku zapadli na niemoc twórczą. Odkąd zostali odcięci od państwowych funduszy, jakoś trudno im zabłysnąć oryginalną powieścią, filmem czy dziełem sztuki. Są sfrustrowani, bo już nigdy nie wrócą czasy, gdy władza – za cenę lojalności – wspierała nawet wątpliwe talenty. Wtedy mieli stypendia, dodatkowe przydziały papieru, paszporty, zainteresowanie mediów. Dziś, aby powrócić na artystyczne i inteligenckie salony, musieliby się promować. Czyli wydeptywać ścieżki do wydawnictw, redakcji, galerii, a przede wszystkim do bogatych sponsorów. To zaś urąga ich poczuciu własnej wartości. Śmiertelnie obrażają się na świat, który nie wiedzieć czemu śmiał o nich zapomnieć.
Inną grupę stanowią ci, którzy o kapitalizmie zawsze śnili, ale gdy ustrój ten nastał, szybko się nim rozczarowali. Lubią powoływać się na swe ziemiańskie korzenie albo etos przedwojennego inteligenta. Uważają, że dobre pochodzenie stoi w sprzeczności z tak przyziemnymi sprawami, jak pieniądze, sprzedaż, marketing, PR czy reklama. Ilustracją tej tezy – co tu kryć – był mój ojciec. Jakże się gorszył, gdy za komuny jeździłem na stypendium do Berlina Zachodniego z plecakiem załadowanym radzieckimi aparatami fotograficznymi. „Twoja babcia nazywała się Wyszomirska – przypominał mi wówczas. – A handlem w Polsce zajmowali się wyłącznie Żydzi”. Nic nie pomogło tłumaczenie, że aby opłacić swoją naukę, muszę sprzedawać te aparaty.

Opisywany przez socjologów syndrom polskiego inteligenta bierze się z poczucia wyższości. Ci, którzy cierpią na tę chorobę, czują się – mimo swej materialnej degradacji – przewodnią siłą narodu. Uzurpują sobie prawo do pouczania innych. Szczególnie tych, którzy na transformacji ustrojowej zyskali najwięcej. Tymczasem dla mnie większym autorytetem jest przedsiębiorca, który płaci ludziom uczciwie i angażuje się w programy społecznej odpowiedzialności biznesu.
Umiejętność czytania Homera w oryginale utrudnia zarabianie pieniędzy. Takie powiedzonko krążyło wśród przyjaciół Dariusza Dumy, założyciela i szefa Chitern Consultancy Polska. Tyle że było to w czasach, kiedy studiował on filozofię. A wtedy nasz wolny rynek był tak naprawdę wolnoamerykanką. Ostatnio biznesowi jakby zmiękło serce i niesprawiedliwe jest to, że intelektualiści odnoszą się do niego z taką pogardą.

Czy ambicje intelektualne wykluczają zajmowanie się biznesem? Bynajmniej. Czy można być człowiekiem myśli, a jednocześnie odnieść sukces finansowy? Jak najbardziej. Przykładem jest Wolter, który w swych pamiętnikach napisał: „Widziałem tylu ludzi pióra biednych i pogardzanych, że dawno już doszedłem do wniosku, iż nie powinienem powiększać ich liczby”. Książę poetów zasłynął nie tylko jako propagator racjonalizmu, ale także jako sprawny finansista, inwestor i właściciel dobrze prosperujących gospodarstw rolnych. Niczym legendarny król Midas w złoto zamieniał wszystko, czego się dotknął. Jego biograf Jean Orieux zauważył, że „u naszego poety pieniądze nigdy nie leżały bezproduktywnie”. Nazywał go nader nowoczesnym kapitalistą.
Sam Wolter podkreślał, że prawdziwy filozof uprawia pola leżące odłogiem, pomnaża liczbę pługów, daje zajęcie ubogiemu i wzbogaca go, a ponadto nie szemrze przeciwko koniecznym podatkom i sprawia, że rolnik jest w stanie płacić je ochoczo. Kiedyż podobnie zaczną myśleć współcześni polscy intelektualiści? Czy wreszcie przestaną bujać w obłokach, a zaczną stąpać twardo po ziemi?

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [40] »

2007-05-30 13:40
O networkingu słów kilka
Nasza kariera utknęła w martwym punkcie? Być może przyczyna tkwi w tym, że zaniedbaliśmy kontakty z ludźmi.

Jeszcze 10 lat temu amerykańscy futurolodzy przepowiadali, że najbardziej eksponowane stanowiska w ich kraju – nie wyłączając Białego Domu – zajmą wkrótce Azjaci. Co stanowiło przesłankę do snucia tego rodzaju wizji? Był nią niesłychany pęd do wiedzy, który wyróżniał – i nadal wyróżnia! – studentów o japońskich, wietnamskich, chińskich czy koreańskich korzeniach. Zdolni, pracowici, ambitni, pod względem wyników w nauce biją na głowę swoich białych czy czarnych kolegów. Jednak kluczowe stanowiska w USA nie im są pisane. Aby mogli je zdobyć, musieliby być lepiej umocowani w tamtejszej strukturze społecznej. Niestety, emigranci z Azji często żyją w swoich zamkniętych enklawach i są zbyt nieśmiali, by zaistnieć wśród przedstawicieli innych ras, kultur i narodowości.

Na układy nie ma rady – zwykło się mówić w czasach PRL. Natomiast dzisiaj stale słychać slogan o republice kolesiów czy grupie trzymającej władzę. W tej sytuacji trudno się dziwić, że my, Polacy, z taką podejrzliwością patrzymy na wszelkiego rodzaju sojusze. A przecież to, że swój popiera swego, wcale nie musi trącić jakąś patologią. Tak naprawdę bez szerokiej sieci kontaktów o sukcesie w jakiejkolwiek dziedzinie możemy sobie tylko pomarzyć. Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby utwierdzać swoją pozycję w polityce, biznesie czy na rynku pracy.

Im więcej mamy kontaktów, tym łatwiej nam awansować, zdobywać coraz to lepsze posady i zlecenia. Dlatego taką karierę robi ostatnio słowo „networking”, które oznacza sprawnie budowaną sieć biznesowych powiązań. To właśnie dzięki nim – jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez firmę DBM – zatrudnienie znajduje aż 57 proc. kadrowców. Inne badania pokazują, że 60-80 proc. wakatów w sektorze prywatnym jest obsadzanych bez publikacji oficjalnych ogłoszeń. Ludzie dostają tam angaż, bo ktoś wskazał lub poparł ich kandydaturę.

Networking – podobnie jak protekcja – wielu osobom kojarzy się z załatwianiem pracy „pod stołem”. Zupełnie niesłusznie, bo żaden szanujący się menedżer nie poleci człowieka tylko dlatego, że jest jego kuzynem czy kolegą ze studiów. Rekomendacja musi się opierać na merytorycznych przesłankach. W przeciwnym razie ten, który ją daje, naraża na szwank swoje dobre imię. Odtąd nikt w branży nie będzie się liczył z jego zdaniem. Znam biznesmena, który nie zatrudnił u siebie własnego brata, mimo że prosiła go o to matka. A swą odmowę uzasadniał w ten sposób: dać parę groszy – owszem, ale wpuścić na pokład krętacza – nigdy, tylko patrzeć, jak mi interes rozwali!

Jest jeszcze jeden argument przemawiający za networkingiem. Naukowcy już dawno odkryli ścisły związek między tzw. wsparciem społecznym a jakością życia. Ludzie otoczeni liczną rodziną, wieloma znajomymi i przyjaciółmi oraz udzielający się w różnych organizacjach są statystycznie zdrowsi i lepiej radzą sobie w sytuacjach kryzysowych niż osoby samotne. Częściej też dożywają późnej starości. Nawiasem mówiąc, emigranci mają na to znacznie mniejsze szanse, co się tłumaczy tym właśnie, że są tak daleko od swoich bliskich.

Spotykam na swej drodze wielu ludzi nieśmiałych, zamkniętych w sobie, pełnych kompleksów, którzy najbardziej lubią cichą pracę na zapleczu. Ale i oni przyznają, że najlepsze rzeczy zdarzają się im wtedy, gdy potrafią wyjść ze swojej skorupy.

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [30] »

2007-05-15 9:27
Piotruś Pan na pokładzie
„Moi przyjaciele mają swoje panie, wszyscy mają dzieci, ale ja chcę mieć trochę zabawy”
śpiewa George Michael. „Samo play. Żadnych zobowiązań” – obiecuje reklama jednego z operatorów telefonii komórkowej. A więc rację ma Francesco Cataluccio, który w swej książce „Niedojrzałość. Choroba naszych czasów” pisze, że pragnienie, by nie dorastać, rozlało się jak plama oleju na wodzie, zwłaszcza w społeczeństwach najbardziej rozwiniętych.

Zjawisko to domaga się od nas uwagi, bo dotarło także nad Wisłę. Psycholodzy i socjolodzy nazwali je syndromem Piotrusia Pana – czyli kogoś, kto nie chce dorosnąć. Dotknięta tą przypadłością osoba woli latać niż chodzić po ziemi. Żyje w swoim wirtualnym świecie – marzeń, fantazji, iluzji, fikcji. Rzadko dotrzymuje danego słowa, ciągle coś zaczyna, a nigdy niczego nie kończy. Całkowicie skoncentrowana na sobie, nie wie, co to miłość, odpowiedzialność, poświęcenie.

O dziwo, są ludzie, którzy w życiu osobistym wchodzą w rolę Piotrusia Pana, zaś na płaszczyźnie zawodowej potrafią postępować całkiem dojrzale. Sprawdzają się jako specjaliści IT, finansiści, PR-owcy, marketingowcy czy copywriterzy. Niektórzy z nich robią nawet zawrotne kariery, stają się autorytetami w swoim środowisku, trafiają na pierwsze strony biznesowych periodyków.

Jak wytłumaczyć ten paradoks? Bardzo prosto. Piotruś Pan za bardzo kocha przyjemności, rozrywki i modne gadżety, żeby mogło mu zabraknąć na nie pieniędzy. Zakasuje rękawy, wyrabia 150 proc. normy, żeby tylko móc sobie pozwolić na każdy luksus i fanaberię. Tak jak mój znajomy biznesmen, który za swoją najnowszą terenówkę, z napędem na cztery koła, zapłacił 300 tys. złotych. Wozi nim damę swojego serca (co tydzień inną!).

Obecność w zespole Piotrusia Pana czy Primadonny (bo zjawisko dotyczy także kobiet) stanowi dla menedżera nie lada wyzwanie. Z jednej strony atuty takiego pracownika z miejsca rzucają się w oczy – to on tryska energią, to on jest wizjonerem, to on kreuje rzeczywistość! Wszak oderwanie od ziemi sprzyja pomysłowości, innowacyjności, świeżemu spojrzeniu na problem. Z drugiej strony taki człowiek to ciągły znak zapytania. Nigdy nie wiadomo, jak się zachowa w sytuacji kryzysu – czy będzie można na nim polegać, czy też porzuci firmę lub projekt, gdy pojawi się byle przeciwność.

Napisano wiele podręczników, jak zarządzać wiecznymi chłopcami (tudzież beztroskimi dziewczętami z cokolwiek zaawansowaną metryką). Autorzy tych książek radzą, by na swoim pokładzie nie mieć więcej niż jednego Piotrusia Pana. Z kilkoma nie damy sobie rady.

Druga wskazówka brzmi: kochaj i wymagaj! Z takim podwładnym menedżer powinien zawierać jasne umowy, a później często się do nich odwoływać. Musi sprawdzać, czy dotrzymuje on terminów, czy postępuje według wyznaczonych przez organizację standardów, czy skrupulatnie realizuje plan. Z największym trudem przechodzi mi to przez gardło, lecz w przypadku tego typu jednostek najlepiej się sprawdza stara leninowska zasada: „Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza”.

A teraz dobra wiadomość. Spotkałem na swojej drodze – także jako coach – bystrych wizjonerów, którzy już mając czterdziestkę na karku – zdecydowali się na pracę nad sobą. Byli zbyt ambitni, aby pozwolić sobie na dystans i nutę lekceważenia, z jakim zaczynało traktować ich otoczenie. Czasem bodźcem wyzwalającym okazywała się solidna porażka zawodowa, objawy depresji (tak!) lub… ciąża partnerki. Inteligentny człowiek wie, że dziecko potrzebuje dorosłych rodziców. (Na leczenie z syndromu Piotrusia Pana kieruję do Laboratorium Psychoedukacji, www.lps.pl).

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [21] »

2007-04-18 9:00
Ekstremiści w biznesie i polityce
Odkąd zająłem się psychologią biznesu, unikam komentowania bieżącej sytuacji politycznej. Od tej zasady odstępuję tylko w dwóch przypadkach – gdy w Polsce dzieje się coś naprawdę ważnego i gdy otrzymuję wyjątkowo dużo próśb o interpretację danego wydarzenia lub zjawiska. Tak jest właśnie teraz. Taśmy Oleksego pokazały, jak bardzo skłócona jest lewica. Z kolei porażka zwolenników wpisania do konstytucji przepisów antyaborcyjnych ujawniła rozłamy na prawicy – zwłaszcza w partii, która dotąd uchodziła za ideologiczny monolit. Wielu z nas nie może pojąć, dlaczego wczorajsi sojusznicy i partnerzy obrzucają się błotem, a w najlepszym razie – nie chcą już mieć z sobą nic do czynienia. Odpowiedź na to pytanie jest dla psychologa zaskakująco prosta.

Czy pamiętacie, Państwo, jak na początku transformacji ustrojowej rozeszły się drogi bohaterów opozycyjnej walki? Zamiast budować razem demokrację i wolny rynek, zaczęli skakać sobie do oczu i odkrywać w swych szeregach „spiskowców” i „zdrajców”. Trudno mi było patrzeć na to ze spokojem. Swojemu rozczarowaniu dałem wyraz w książce „Zacznij od siebie”. Pisałem w niej m.in.: „Sytuacja tak się zdestabilizowała i pogmatwała, że coraz trudniej zdefiniować ONYCH. ONI niby dalej istnieją, wrócili do władzy. Ale ONI okazują się nie tymi strasznymi komunistami, tylko sprytnymi biznesmenami, sprytniejszymi na dodatek od nas. Okazuje się, że to myśmy się podzielili, a oni się dzielą sukcesami”.

A dlaczego dzisiaj dzieli się PiS? Ugrupowanie to wygrało wybory, głosząc hasło rewolucji moralnej. Zakładam, że wielu liderów Prawa i Sprawiedliwości to ludzie ideowi – oni faktycznie chcą realizować wartości chrześcijańskie i patriotyczne. Uważają przy tym, że tylko własna doskonałość (czy raczej nieskazitelność etyczna) daje im prawo do występowaniu w roli wybawcy narodu. Zatem gorszą część swojej istoty – chciwość, agresję, zawiść i inne „negatywne” emocje – „wyprojektowują” na zewnątrz (według psychologów każdy z nas nosi w sobie i Piękność, i Bestię!). Sami są dobrzy, czyści i zacni. Źli są ONI – na przykład czerwoni. Ale sęk w tym, że owi czerwoni stracili ostatnio na znaczeniu i trudno ich uznać za poważnych przeciwników. A skoro tak, wrogów trzeba szukać gdzie indziej, choćby we własnym obozie. Nie ma innej rady – skryta przed sobą samym nienawiść musi znaleźć nowe ujście.

Mam wśród swoich znajomych księdza, który do seminarium wstąpił pod koniec lat 80. Ów duchowny opowiadał mi niedawno, jak bardzo się zdziwił, widząc, że niektórzy jego przełożeni to ludzie o mentalności partyjnego aparatczyka. Nie znosili komunistów, a jednocześnie tak samo jak oni byli przekonani, że wszyscy poza nimi są w błędzie. Ekstremizmy mogą mieć różne kolory: czarny, czerwony, różowy, ale tym, co je łączy, jest wysoki poziom autorytaryzmu i paranoi. Wskazują na to Robin Skynner i John Cleese w bestsellerze „Żyć w tym świecie i przetrwać”. Autorzy przekonują, że radykałowie z lewa i prawa w rzeczywistości mają ten sam typ osobowości i tylko ukrywają za fasadą poglądów i etykiet, jak bardzo są do siebie podobni. Cleese i Skynner oparli te obserwacje na analizie brytyjskiej sceny politycznej.

Jakie z tego wszystkiego mogą płynąć wnioski dla świata biznesu? Są partie, które swoją tożsamość budują wokół idei wroga. Podobnie niektóre firmy wzmacniają lojalność i motywację pracowników, ukazując w jak najgorszym świetle konkurencję i każąc ją niszczyć wszelkimi dostępnymi środkami, niekoniecznie uczciwymi. Problem w tym, że człowiekowi zarażonemu nienawiścią nigdy nie dość bitewnego kurzu oraz widoku pokonanych i poniżonych rywali. A jeśli na horyzoncie nie ma obcych (bo tych zdołał już rozłożyć na łopatki) – niechybnie uderzy w swoich. Bądźmy uważni. Ciągle wierzę, że w biznesie łatwiej zachować zdrowy rozsądek niż w polityce.

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [20] »

2007-03-22 11:22
Jak zostać mistrzem świata
Pamiętasz dwa ostatnie mecze biało-czerwonych na mistrzostwa świata szczypiornistów? W półfinałowym spotkaniu, z Danią, podopieczni Bogdana Wenty byli optymalnie zmobilizowani i maksymalnie skoncentrowani – pomimo, a może właśnie dzięki nękającym drużynę niedyspozycjom żołądkowym i grypie. Niestety, już w finałowych zmaganiach, z Niemcami, nasi zawodnicy byli cieniem tamtego teamu. Brakowało im sił i skupienia. Tylko część akcji kończyła się strzałem, a wiele piłek omijało bramkę. W rezultacie trzeba było zadowolić się srebrem (choć to i tak historyczny sukces!).A teraz pomyśl o wczorajszym dniu swojej pracy. I zapytaj samego siebie (niezależnie o tego, czy jesteś członkiem zespołu realizującego projekt, czy nim kierujesz): jaki był poziom motywacji, mobilizacji, energii oraz koncentracji – Twój, Twoich kolegów lub Twoich ludzi? Jakie mielibyście szanse, walcząc o złoto w jakiejkolwiek dziedzinie zespołowego sportu?

Jako konsultant pracuję z najlepszymi, to znaczy z zespołami, które tworzą wysokiej klasy specjaliści, będący autorytetami w swoich branżach. Gdy firmy zatrudniają ludzi o podobnych kwalifikacjach i umiejętnościach, dominację na rynku mogą zapewnić bardzo subtelne rezerwy w zakresie mobilizacji i koncentracji. Najważniejsze jest więc utrzymanie obu tych parametrów na jak najwyższym poziomie. To zupełnie nowa dziedzina – nazywamy ją zarządzaniem energią lub budowaniem przewagi energetycznej w biznesie.

Na poziom energii, mobilizacji, wigoru wpływa m.in. to, kogo organizacja promuje: jednostki zaangażowane, z inwencją czy też bierne, mierne, chociaż wierne. Nie bez znaczenia jest także dobór ludzi pod względem temperamentów. Ponadto odpoczynek, sen i zdrowa dieta. Oczywiście, nie można zapomnieć o motywacji finansowej. Zakładam jednak, że mówimy o zespołach mistrzowskich, w których każdy jest odpowiednio wynagradzany.

No dobrze, ale od czego zależy koncentracja? Jest jeden element wspólny dla poziomu energii i koncentracji – to stopień biologicznego przygotowania, zmęczenia lub rezerw energetycznych. Poza tym o koncentracji decydują dwie rzeczy. Pierwszą jest precyzyjne określenie zadań, zamierzeń i priorytetów. Drugi czynnik sprowadza się do tego, by poszczególni członkowie drużyny sami stawiali sobie cele i z determinacją do nich dążyli.

Ale uwaga! Ludzie słabo skoncentrowani, nawet mając wyznaczone cele, są zbyt reaktywni – niezwykle łatwo wytrącić ich z obranego kierunku. Jeśli odpowiesz na wszystkie telefony i maile, które pojawią się w Twoim blackberry w drodze z parkingu do firmy, niechybnie stracisz azymut. Próg biura przekroczysz kompletnie rozproszony i nie będziesz wiedział, za co się zabrać.

Prof. Heike Bruch, konsultantka z St. Gallen w Szwajcarii, od kilkunastu lat przygląda się temu, jak przełożeni i podwładni funkcjonują z punktu widzenia dwóch wspomnianych wymiarów: energii i koncentracji. Pokazuje ona, jak wiele rezerw jest w firmach i zespołach działających w całej Europie. Warto się przyjrzeć jej badaniom.

Aż 30 proc. menedżerów to kunktatorzy – przekonuje Heike Bruch. Mają oni za mało energii i koncentracji, by przeprowadzić zmiany. Wychodzą z założenia, że i tak nic nie da się zrobić. Poprzestają na wykonywaniu rutynowych czynności – uczestniczą w zebraniach, piszą okólniki, komunikaty oraz inne nikomu niepotrzebne dokumenty.

Około 20 proc. członków kadry zarządzającej stanowią osoby zdystansowane. Cechuje je niski poziom energii połączony z wysokim poziomem koncentracji. Często zmęczeni, wyczerpani zabiegają o jedno: aby utrzymać dotychczasowy stan rzeczy, choćby to oznaczało zaprzeczanie faktom, chowanie głowy przed rzeczywistością, zamiatanie problemów pod dywan.

Kolejna kategoria to hiperaktywni. Jest ich najwięcej, bo ponad 40 proc. To ludzie z ikrą, ale co z tego, skoro nie kończą jednej rzecz, a już się biorą za pięć następnych? Zawsze są w biegu, ale gdy ich zapytasz, dokąd pędzą, mają kłopoty z udzieleniem sensownej odpowiedzi. Wszędzie ich pełno, lecz efektu nie widać.

Skuteczni są za to zwierzchnicy, o których prof. Bruch mówi po prostu: zorientowani na cel. Jest to niezwykle elitarne grono, mniej więcej 10 proc. wszystkich menedżerów. Mają w sobie życie, wolę walki, tzw. power, ale – co istotne – swoim energetycznym potencjałem gospodarują racjonalnie. Nie rozmieniają się na drobne. Z uporem dążą do urzeczywistnienia swojej wizji.

Bardzo jestem ciekaw, jak tego rodzaju analiza wypadłaby w Twojej firmie.

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [23] »

2007-02-20 14:20
Między zaufaniem a kontrolą
Krótko po 11 września w „Harvard Business Review” – znakomitym, wyznaczającym wysokie standardy, periodyku dla menedżerów i konsultantów – ukazał się artykuł „Kiedy paranoja ma sens”. Wybitni autorzy wskazywali w nim jednogłośnie, że w Ameryce kończy się epoka mody na pozytywne myślenie i pozytywne nastawienie. Przekonywali, że na nowo trzeba być czujnym.

To prawda – naiwność nie popłaca. Skoro na świecie jest tyle zła, kłamstwa, manipulacji, należy zachować daleko idącą ostrożność i powściągliwość w relacjach z innymi. Domaga się tego instynkt samozachowawczy. Ale jest też druga strona medalu – bez odrobiny zaufania do ludzi, instytucji, przedsięwzięć nasze życie staje się koszmarem.

Węszenie we wszystkim podstępu odbija się na sferze publicznej – daje pożywkę populistycznym politykom w stopniu niewymagającym objaśnień i komentarzy. Nieustanna podejrzliwość wpływa też na ekonomię – zmniejsza produkt krajowy brutto oraz wskaźniki konsumpcji, podnosi za to koszty produkcji (piszą o tym badacze w rodzaju Francisa Fukujamy).

Przeświadczenie, że każdy spotkany człowiek chce nas wywieść w pole, rujnuje nasze zdrowie. Już w latach 80. amerykański kardiolog prof. Williams dowiódł, że osoby ustawicznie podejrzliwe i wrogo nastawione do rzeczywistości znacznie częściej zapadają na choroby układu krążenia i częściej zdarzają się im zawały. Ciągła czujność powoduje nieustanne wydzielanie hormonów stresu – i to w takiej ilości, że codzienna aktywność nie daje możliwości rozładowania napięcia.

Nadmierna ostrożność oznacza również złe zarządzanie energią w pracy i biznesie. Jeżeli nie pozwolimy sobie na ryzyko zaufania, trudno będzie delegować określone funkcje, zadania, odpowiedzialność i uprawnienia swoim podwładnym. A biorąc wszystkie obowiązki na siebie, wypalimy się szybciej niż sądzimy. Gdy dziś ja pomogę tobie, prawdopodobnie jutro ty wesprzesz moje działania. Jeśli w to nie uwierzymy, trudno będzie zbudować zdrowy teamwork i dobrą współpracę w organizacji.

Po tragedii World Trade Center napięcie pomiędzy potrzebą wolności i potrzebą bezpieczeństwa jakby narasta. Niektórzy spośród nas są skłonni zrezygnować z części swoich praw, przywilejów i swobód, byle tylko obronić się przed wyimaginowanym lub realnym zagrożeniem bądź wrogiem. Ale czy ograniczając swoją niezależność i oddając się pod opiekę państwu, organizacji, liderom, nie skazujemy się na jakiś niedorozwój?

Jak wyważyć między zaufaniem, kooperacją, grą zespołową a monitoringiem, kontrolą, podejrzliwością? To dylemat stojący dziś przed każdym myślącym menedżerem. Guru biznesu podpowiadają: zamiast stosować tyranię albo, skorzystajmy z magii i. Najlepiej być jednocześnie ufnym i czujnym. Można zdawać sobie sprawę z zagrożeń, które na nas czyhają, nie tracąc przy tym głębokiej pewności, że współpracując z właściwymi osobami, osiągniemy nasze cele i zrealizujemy wizje tudzież osobiste ambicje.

Ostrożność i przytomność umysłu nie wyklucza otwartości. Tak twierdzi Jim Collins, konsultant i były wykładowca problematyki biznesu na Uniwersytecie Stanforda – wystarczy sięgnąć po dwie jego ksiązki: „Od dobrego do wielkiego” oraz „Wizjonerskie organizacje”. Podobnego zdania jest Rosabeth Moss Kanter – w światowym bestsellerze „Wiara w siebie” amerykańska autorka pokazuje, że dobrą passę potrafią utrzymać ci, którzy z jednej strony są do bólu realistami, a z drugiej zachowują wiarę w siebie i zaufanie do innych.

Identyczne przesłanie znajduję w słynnej „Desideracie”. Utwór wzywa do uważności. Zawiera ostrzeżenie przed oszustami, ale także stwierdzenie, że przy całej swej złudności, znoju i rozwiązanych marzeniach jest to piękny świat. W domyśle: świat, któremu można zaufać – chociaż nie bezwarunkowo. Ja tego rodzaju zaufanie i nadzieję w sobie odnalazłem.

Kategoria: Bez kategorii| Komentarze [10] »

2007-02-07 11:46
Nauczyciele uczciwej perswazji
Uplasowaliśmy się na pierwszym miejscu w ogólnoeuropejskim rankingu zakupowego IQ. Oznacza to, że przeciętny Kowalski znacznie rzadziej wydaje pieniądze pod wpływem impulsu niż statystyczny Smith, Müller albo Svensson. Takie wnioski płyną z badania, które przeprowadził ostatnio brytyjski ośrodek The Future Foundation na zlecenie Visa UK.

Jako psycholog biznesu zajmuję się między innymi tzw. miękkimi relacjami pomiędzy sprzedawcą a klientem. Nic zdziwiłem się więc, gdy podczas szkolenia doświadczeni szefowie sprzedaży w jednej z wiodących firm branży FMCG poprosili mnie o komentarz do tych badań.

Przypomnieli mi się wówczas Amos Tversky i Daniel Kahneman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2002 roku. Uczeni ci udowodnili, że we wszelkich studiach analitycznych, prognozach, planach, strategiach handlowych, biznesowych należy uwzględniać jedną podstawową rzecz. Tę mianowicie, że przy podejmowaniu decyzji finansowych ludzie w nieznacznym stopniu kierują się przesłankami rozumowymi. Nie dostrzegają na przykład kosztów, które poniosą w przyszłości, za to przeceniają korzyść lub nagrodę otrzymywaną dzisiaj. Albo wkładają do koszyka zupełnie niepotrzebny szampon, gdy jego zalety wychwala urodziwa hostessa. Lub też bezwiednie sięgają po batony postawione tuż przed kasami hipermarketu, aby odreagować nie w pełni udane zakupy.

My, Polacy, zdajemy się odbiegać od tej „normy” – najmniej jesteśmy podatni na sterowanie promocjami i reklamą, wykazujemy się największą samokontrolą, grę ze sprzedawcami prowadzimy inteligentniej. Mówiłbym o tym z dumą, gdybym nie był świadomy, z czego wynika nasz konsumencki racjonalizm. Badania nad zakupowym IQ łączę z innymi badaniami, kilkakrotnie już powtarzanymi w Europie w ciągu ostatnich latach. Otóż, na 25 wziętych pod lupę nacji jesteśmy najmniej skłonni zaufać komukolwiek innemu poza najbliższą rodziną. Jeżeli ktoś ma coś do zaproponowania dziesięciu statystycznym Polakom, zaledwie jeden, a najwyżej dwóch rozpatrzy ofertę życzliwie – pozostali będą się głowić, jaka pułapka jest w niej zaszyta.

Jak w związku z tym mają postępować sprzedawcy? Czy duża część energii specjalistów od marketingu i reklamy to para, która idzie w gwizdek? Niekoniecznie, jeżeli tylko potrafią dostosować swój przekaz do naszej podejrzliwości. Przykład wyrafinowanego, choć generalnie prostego rozwiązania, stanowi pierwsza reklama Lukasa. Pojawia się w niej malkontent, który narzeka na instytucje finansowe i chciałby załatwić wszystko prosto, na siedząco, poza kolejnością, tylko na dowód osobisty. Kiedy każda z jego zachcianek zostaje spełniona, grymaśnik pyta, co to za bank.

Sprytne, prawda? Wolę jednak inne metody. Paradoksalnie, podejrzliwi klienci mogą być dobrymi nauczycielami uczciwej perswazji. Jestem przekonany, że nieufność, zamieniona w roztropną czujność, wymusi w końcu etyczną reklamę i etyczny marketing. Skłoni sprzedawców, by – korzystając z różnego rodzaju mediów oraz praw psychologii percepcji czy psychologii społecznej – jak najrzetelniej informowali klientów o rzeczywistych atrybutach, atutach, walorach oferowanych produktów i usług.

Jak widać, gdy chodzi o kupowanie, nieufność może być czymś pożytecznym. Czy to samo można powiedzieć o braku zaufaniu w życiu społecznym i biznesie? O tym napiszę następnym razem.

Poradniki finansowe

Rodzaje kredytów: jakie są rodzaje kredytów bankowych?

Rodzaje kredytów: jakie są rodzaje kredytów bankowych?

Dostępna oferta kredytów jest bardzo rozbudowana. Pozwala przy tym na realizację zróżnicowanych celów: zarówno tych większych (jak zakup mieszkania czy samochodu), jak i mniejszych, pozwalających na wsparcie …

Porady | 06.05.2021 (15:37)